Recenzja

startW 1999 roku w ręce Japończyków wpadła pełnoprawna, druga po Pokémon Stadium mogąca pochwalić się modelami 3D gra na zapomnianą już konsolę Nintendo 64 – Pokémon Snap. Na pewno niejeden z nas miał okazję w nią zagrać lecz zgaduję, że dla większości jest już to zaledwie wspomnienie o odchodzącej w niepamięć generacji.

album
Snap zaprezentował całkowicie odmienne podejście do gier sygnowanych marką Pokémon. Zamiast znanego z Red, Blue czy Yellow systemu rozgrywki nasz główny bohater, Todd Snap (którego mogliśmy zobaczyć nawet w sezonie pierwszym Anime, miesiąc po wydaniu gry w Europie), jest Poké-fotografem.
Co to dokładnie znaczy? Według skromnej fabuły gry, Todda na tajemniczą wyspę Pokémon zaprasza sam Profesor Oak i prosi go o sfotografowanie żyjących na niej stworków. Ma na celu oczywiście skompletowanie szczegółowych danych o rezerwacie.
Naszym zadaniem jest zdobycie jak najlepszego ujęcia każdego z 63 kieszonkowych potworków występujących na 7 planszach. Oceniana jest zarówno kompozycja jak i poza każdego Pokémona. Znaczenie ma także zasada “im więcej tym lepiej”.

charmander
W tym momencie mogę przestać być obiektywny, bo jest to dla mnie jeden z 3 minusów gry. Autorzy zmuszają gracza do trzymania się klucza w celu uzyskania jak największej liczby punktów. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że gra nie jest z założenia kierowana do tzw. „starszaków”, ale każdy, kto ma jakiekolwiek pojęcie o fotografii, wie, kiedy zdjęcie jest kompozycyjnie poprawne, a kiedy nie. To jest jednak mankament, na który można przymknąć oko. Pamiętajmy, że Snap ma już 13 lat, nie możemy wymagać od niej nie wiadomo jak wielkiego realizmu. Traktując grę tak jak założyli to sobie twórcy, spędzimy wspaniałe chwile z arcade’owym rail-shooterem.

Skąd nagle rail-shooter? Ponieważ w taki sposób przemieszczamy się po mapie. Siedzimy w jadącym po wyznaczonej trasie łaziku i jedyne, czym możemy ruszać, to celownik naszego aparatu. Z czasem do pomocy uzyskujemy także jabłka (które wabią dzikie Pokémony), Pester Balle (czyli kulki, które ogłuszają trudne do uchwycenia na fotografii stworki) i Poké-Flute (który, jak w grach na GameBoya, budzi Snorlaxa, a inne Pokémony pobudza do harców i pląsów.

pojazd
Zasługujący na pochwałę jest krajobraz wyspy i Pokémony, które ją zamieszkują. Ich integracja z otoczeniem jest naturalna i cieszy oko. Tym samym – wrzucając jabłko do wody, wyskoczy nam Magikarp, dotykając Electrode’a możemy spodziewać się że za chwile wybuchnie, zbierając do kupy trzy Magnemite’y uzyskamy Magnetona. Temu podobne sytuacje towarzyszą nam bez przerwy.

Drugim minusem jest niestety ilość występujących w Snap Pokémonów. Na ówczesne 151, twórcy dają nam okazje zobaczyć tylko 63 z nich. Wielką zaletą są oryginalne głosy prosto z anime, dzięki czemu znany i lubiany Squirtle nie wyda z siebie 8-bitowych dźwięków (jak to miało miejsce w Pokémon Stadium), tylko radośnie przywita Todda skrzecząc swoje “Skuer Skuertl!”

Dzisiaj w Pokémon Snap najbardziej urzeka uczucie sentymentu i nostalgii do pierwszej generacji. Oryginalne Pokémony wyglądają świetnie, natomiast na widok Charizarda czy legendarnych ptaków człowiek czuje się jakby znowu miał 10 lat. Do epickiego poziomu zachwytu można zaliczyć przepełnione blaskiem spotkanie z Mewtwo czy natrafienie na tajemniczego Mew, który jest najtrudniejszym do sfotografowania stworkiem.

charizard
Pomimo rewolucyjnego podejścia do Pokémonów, ta gra ma jeszcze jeden minus. Jest stanowczo za krótka. Na poziomie podstawowym Ukończyć ją można w niecałe 2-3 godziny, co pozostawia gracza z uczuciem niedosytu. Powtarzanie parę razy jednego poziomu w celu uchwycenia jak najlepszych momentów potrafi zajść za skórę i tym samym wymagający gracze zrażą się prawie natychmiast, pomijając trudniejsze side-questy. A szkoda, bo Snap w swojej kategorii wpisał się do serii gier kultowych. Nie wiem czy poza Beyond Good and Evil czy elementami GTA i Spider-Mana są tytuły, które możemy nazwać “Symulatorami Fotografii”.

miau
Cała otoczka Pokémon Snap pozostawia bardzo ciepłe wspomnienia. Dobrze by było, gdybyśmy nie dopuścili by tak dobry tytuł został zapomniany. Polecam wszystkim, którzy maja jeszcze dostęp do poczciwego Nintendo 64, odwiedzenie odpowiednich serwisów internetowych i przeznaczenie tych dwudziestu – trzydziestu złotych na zakupienie oraz zapoznanie się ze Snapem lub po prostu odświeżenie go sobie. Bo w końcu o to w grach chodzi – żeby granie w nie sprawiało przyjemność przez wiele, wiele lat.

Autorem recenzji jest Nilson.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here